Na co nam ta Unia?

Drukuj

gs2019 04 100

– Dostajemy coraz mniej pieniędzy od Unii. A coraz więcej jej wpłacamy. To po co nam ta Unia? – Coraz częściej słyszę takie pytania od przypadkowych rozmówców w pociągu, tramwaju, na różnych spotkaniach.

Zadał je nawet na zjeździe Krajowego Stowarzyszenia Sołtysów w czerwcu ub.r. koło Chęcin sołtys, który współtworzył Krajowe Stowarzyszenie Sołtysów i o którym miałam wyobrażenie, że myśli samodzielnie i nie powiela bezkrytycznie sianych pod publiczkę kalek myślowych, opartych na przeinaczonych faktach. Sądziłam, jak się okazuje – naiwnie, że od elity polskiej wsi można oczekiwać krytycznego stosunku do rozpowszechnianej mitologii. Porozmawiajmy więc o faktach, a nie o mitach. Zadajmy sobie przede wszystkim pytanie jakie są te kwoty napływające z unijnej kasy. I czy rzeczywiście jedyną korzyścią z naszego członkostwa w UE są pieniądze, które dostajemy od Unii.

Nie jest prawdą, że Unia więcej nam pieniędzy zabiera niż daje. Bo w latach 2004–2018 Polska otrzymała z UE aż 107 mld euro netto (a więc po odliczeniu naszych składek do unijnej kasy). I choć unijny strumień pieniędzy napływający do nas jest obecnie cieńszy niż po 2008 r. (kiedy był najobfitszy), to nadal z Unii otrzymujemy znacznie więcej niż do niej wpłacamy – ostatnio rocznie 5,5 mld euro więcej.
Bezpośrednia pomoc finansowa z Unii Europejskiej pozwoliła nam na dokonanie skoku w infrastrukturze, którego nie bylibyśmy w stanie sami wykonać. Polska najbardziej ze wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej i basenu Morza Bałtyckiego poprawiła jakość infrastruktury – jak wynika z raportu Światowego Forum Ekonomicznego w Davos. Sama sieć autostrad wzrosła u nas z 300 km przed 2008 r. do 1600 km obecnie. W efekcie nastąpił dynamiczny rozwój naszego sektora logistycznego. Roczne dodatkowe nakłady w infrastrukturę publiczną dzięki funduszom unijnym wyniosły po 2008 r. 20–40 mld zł. W miastach – wg autorów raportu – dzięki bezpośrednim transferom z unijnych funduszy nastąpiły ogromne zmiany: wymiana taboru transportu publicznego, przybyło i przybywa boisk, szkół, basenów, chodników, parków, dróg itp. A te, które były w większości zostały lub są modernizowane i unowocześniane, Nastąpiła też poprawa jakości wód, dzięki inwestycjom w wodociągi i oczyszczalnie. Bez dostępu do funduszy unijnych byłoby to niemożliwe.
Jak wykazały badania wykonane przez firmę Estymator na zlecenie naszej redakcji u progu członkostwa Polski w UE, wówczas za wejściem do Unii było aż 73% sołtysów. O wiele więcej niż ogół mieszkańców wsi, którzy byli straszeni przez wielu naszych polityków, gadających populistycznie pod publikę, że zaleje nas importowana żywność z UE i zniszczy nasze rolnictwo. A co się stało? Choć część rolników narzeka, i słusznie, na wiele trudności i nieprawidłowości, to jednak ta gałąź gospodarki nie upadła. Owszem po uzyskaniu członkostwa napłynęło i napływa z Unii do Polski bardzo dużo żywności. Ale znacznie więcej żywności Polska eksportuje do Unii. Wartość eksportu naszych produktów rolno-spożywczych na rynek unijny sięga dziś ponad 30 mld euro. To aż o 11 mld euro więcej niż wartość importu unijnych produktów rolno-spożywczych. W latach 2004–2017 sprzedaż naszej żywności za granicę (nie tylko do UE) zwiększyła się aż o 350%.
Taki potężny wzrost spowodowało włączenie Polski do unijnego obiegu gospodarczego, (przez zniesienie ceł w handlu i innych ograniczeń) i do światowego krwiobiegu gospodarczego poprzez rynek unijny. Tak więc korzyścią dla naszego rolnictwa są nie tylko same unijne dopłaty dla rolników i dotacje dla młodych rolników na start, a także zastrzyk pieniędzy na mechanizację gospodarstw itp. inwestycje. Dopłaty unijne są dla nich bardzo ważne, bo w skali ogólnej to aż 50% ich dochodów! Ale liczy się też możliwość zwiększenia produkcji rolnej przez najbardziej produktywną część rolników i sprzedaży tych płodów rolnych do UE oraz poza nią. Sami nie bylibyśmy w stanie zdobyć np. azjatyckich rynków zbytu, gdybyśmy nie byli w UE. Bo w światowym obiegu gospodarczym pojedyncze pionki się nie liczą, nie mają żadnych szans na zbyt swoich produktów. Dotyczy to też innych branż. Tak jak nie miałaby sama szans zbytu fabryka ceramiki w Bolesławcu, która w 2011 r. podbiła rynek azjatycki i dzięki temu rozwinęła się nie tylko fabryka, ale i samo miasteczko oraz okolica. Tylko bowiem udział w liczącym się rynku unijnym daje dostęp do rynku światowego. A myśmy go uzyskali poprzez członkostwo w UE.
Warto też mieć świadomość, że dzięki zastrzykowi w postaci dopłat dla rolników łagodzone są skutki klęsk żywiołowych, takich jak powodzie czy susze. A i dzięki napływowi dotacji unijnych wydatki państwa polskiego na wieś i rolnictwo wzrosły z 4 mld zł w latach 90. ub. wieku do 45–50 mld zł obecnie (poza KRUS). Nasze państwo zdobyło się bowiem na taki duży wysiłek z zyskiem dla rolników, żeby maksymalnie wykorzystać pomoc, która napływała z UE na polską wieś i do rolnictwa.
Te 107 mld euro unijnego wsparcia w relacji do naszego łącznego Produktu Krajowego Brutto z ostatnich 15 lat – wynosi aż 2%. Ktoś by powiedział lekceważąco – wielkie mi co, to tylko 2%! Dla laika to się wydaje niewiele. Ale to jest dużo więcej niż otrzymała wyniszczona II wojną światową Europa Zachodnia od Ameryki ze znanego planu Marshalla. Bo np. Francja z planu Marshalla otrzymała 11 proc. w stosunku do swojego PKB z 1948 r., a my z UE w 2004 r. otrzymaliśmy aż 50% w stosunku do naszego ówczesnego PKB. I nam te dodatkowe 2% w skali roku pozwoliły na intensywny dynamiczny rozwój gospodarczy i doganianie Europy. Jak twierdzi ekonomista Banku Światowego Indermit Gill Unia jest najbardziej efektywną na świecie „maszyną konwergencji” dla państw członkowskich, tj. przyspieszania rozwoju gospodarczego i podnoszenia standardu życia państw mniej rozwiniętych do poziomu państw wysoko rozwiniętych. W dodatku bez wielkich kosztów społecznych, bo przy stosunkowo wysokiej konsumpcji wewnętrznej, co właśnie przekłada się na wzrost poziomu życia, ale przy jednoczesnym rozwoju gospodarki!
Średni udział naszych polskich oszczędności we wzroście PKB wyniósł w tych 15 latach niewiele ponad 18%. A to jest za mało, by się tak dynamicznie rozwijać jak się rozwija nasza gospodarka od 15 lat – oceniają makroekonomiści. Intensywny rozwój był więc możliwy dzięki unijnym transferom pieniędzy. I jeszcze dzięki napływowi zachodnich inwestycji do Polski! A nie byłoby tych inwestycji, gdyby nie to, że znaleźliśmy się w unijnym – i poprzez unijny – w światowym krwiobiegu gospodarczym. To sprzężenie zwrotne, bo kapitał zachodni, zachodnie inwestycje, technologie i szybki rozwój gospodarczy też zawdzięczamy członkostwu w UE.
Bo podobnie jak dla rolnictwa dostęp do unijnego rynku jest korzystny i dla innych gałęzi gospodarki. Co więcej, my po pierwszych latach raczkowania na unijnym rynku uczymy się wykorzystywać kłopoty gospodarcze innych państw unijnych i już umiemy w niektórych sektorach wchodzić w ich miejsce ze swoimi produktami i umacniać się na zajętych pozycjach. Tak jest w przypadku naszej branży meblarskiej, która wykorzystała kryzys przeżywany dekadę temu przez unijny przemysł meblowy. W tym sektorze w największych krajach unijnych upadło wtedy 3,5 tys. firm, najwięcej w Hiszpanii i Portugalii. A naszych firm tej branży przybyło wtedy 200. Bo my ten kryzys w bogatszych państwach unijnych wykorzystaliśmy. Dzięki temu, że Polskę wtedy on nie dotknął, gdyż wsparcie unijne i napływ zagranicznego kapitału pchały naszą gospodarkę do dynamicznego rozwoju, nasze firmy meblarskie zachowały płynność finansową, weszły w wytworzoną lukę na unijnym rynku i już na nim pozostały. Eksport polskich mebli do UE wzrósł w efekcie trzykrotnie, osiągając wartość ok. 700 mln euro.
Podobnie jest ze stolarką drzwiową i okienną, z AGD, z polską produkcją jachtów, która nie tylko się odrodziła, ale i podbiła cały świat, z produkcją układów hamulcowych i sterowniczych do aut, konstrukcji stalowych, opakowań plastikowych i papierowych.
Moja córka, która mieszka w Kanadzie napisała w mailu przed Wielkanocą, że pasywny dom, który tam buduje, będzie miał polskie okna. Bo tak jej poradził wykonawca. Argumentował, że polskie okna mają w branży budowlanej na północnym kontynencie amerykańskim opinię najlepszych na świecie. Nie jest to gołosłowna opinia, bo świadczą o tym dane ekonomiczne. Jesteśmy bowiem obecnie największym eksporterem stolarki okiennej i drzwiowej w UE. Wartość tego eksportu przekracza dzisiaj 800 mln euro. Prześcignęliśmy nawet Niemców, którzy, choć mają świetne okucia metalowe do stolarki okiennej i drzwiowej, sprzedają okna i drzwi do innych państw „tylko” za 500 mln euro.
Co więc się stało, że część z nas uwierzyła i wierzy, że trzy lata temu Polska była w ruinie? Nie była i nie jest. Przeciwnie; rozwijała się i rozwija dynamicznie i bez przerw od 15 lat, czyli po wejściu do Unii Europejskiej. Świadczą o tym wskaźniki ekonomiczne. Eksperci światowi oszacowali, że od 1989 r., a zwłaszcza po akcesji do UE, rozwijamy się tak samo dynamicznie i intensywnie co Japonia w latach 1950–1980, kiedy doścignęła potęgi gospodarcze i znalazła się w światowej czołówce. Bo 30 lat temu nasz PKB wynosił zaledwie 32% PKB Niemiec w przeliczeniu na mieszkańca przy uwzględnianiu tzw. parytetu siły nabywczej, czyli tego co mogliśmy kupić za nasze zarobki. A po wejściu do UE – 45%, zaś teraz wynosi już prawie 60% PKB Niemiec na mieszkańca. Japonia w latach 1950–1980 z 33% PKB Niemiec (w przeliczeniu na głowę Japończyka) też doszła do 60% PKB Niemiec. Przegoniliśmy już Portugalię, jeśli chodzi o dochód per capita.
Polska stała się jednym z najbardziej uprzemysłowionych państw Europy pod względem udziału przemysłu w zatrudnieniu i tzw. wartości dodanej. Dzisiaj co czwarta osoba zatrudniona w Polsce pracuje w przemyśle, podczas gdy w całej UE ten wskaźnik wynosi niecałe 15%. Jesteśmy też jedynym państwem w Unii, w którym w ostatnich 10 latach wzrósł udział zatrudnienia w przemyśle. To świadczy o tym, że nasza gospodarka wykorzystuje swój potencjał rozwojowy i produkcyjny, który zyskała dzięki akcesji.
Zżymam się kiedy słyszę, że Niemcy to nasi odwieczni wrogowie, a nie sprzymierzeńcy i nie są nam do niczego potrzebni, niech tylko wypłacą reparacje wojenne. Bo to właśnie na dobrych relacjach z Niemcami i współpracy powinno nam najbardziej zależeć. Bez niej nie rozwijalibyśmy się w takim jak obecnie tempie. Bo to Niemcy, czego sobie większość Polaków nie uświadamia, stały się dla Polski bramą do światowych rynków oraz źródłem transferu technologii. A my dla nich staliśmy się zapleczem przemysłowym, dzięki czemu mogą zwiększać konkurencyjność wobec innych potęg gospodarczych.
Polskie firmy produkujące żywność bezskutecznie usiłowały od dawna wejść na bardzo trudne do zdobycia azjatyckie rynki zbytu. I dopiero teraz udaje się im sprzedawać swoje produkty, choć jeszcze nie samodzielnie, ale właśnie za pośrednictwem Niemców (i Holendrów). O tym jakie znaczenie ma dla nas współpraca gospodarcza z Niemcami świadczą wskaźniki. I tak w 2017 r. Polska zrównała się z Włochami pod względem udziału w imporcie niemieckim, choć Włosi mają gospodarkę 4 razy większą od naszej. Niemcy są dla nas najważniejszym i największym rynkiem zbytu. Nasz eksport do Niemiec w latach 2004–2017 wzrósł aż czterokrotnie. Kto tego nie zauważa albo kwestionuje niech przejedzie się jedną z niemieckich autostrad. I niech policzy, ile z rzeki TIR-ów z innymi niż niemieckie znakami rejestracyjnymi jest z Polski. Ja przejechałam w 2017 roku ponad 1000 km i ze zdumieniem skonstatowałam, że najwięcej jest z polskimi znakami rejestracyjnymi.
Co prawda mamy teraz nieco niższy wzrost niż w najlepszym okresie, bo jest on obecnie wartości 4% PKB per capita (czyli w przeliczeniu na głowę mieszkańca) i po uwzględnieniu tzw. parytetu siły nabywczej, tj. tego ile możemy kupić za nasze zarobki. Niemniej jeśli porównamy Polskę do krajów, które startowały z podobnego poziomu PKB to i tak należymy do 1/4 najszybciej rozwijających się krajów świata.
Słyszy się opinie, że niepotrzebna nam taka Unia, która się wtrąca do praworządności, tylko taka, która się zajmuje wspólnym rynkiem. Tylko że przestrzeganie zasad praworządności tak samo rozumianych we wszystkich państwach członkowskich jest warunkiem lokowania kapitału obcego, podejmowania u nas decyzji inwestycyjnych. Unia to dla nas brama na świat, źródło i impuls rozwoju i dobrobytu, ale także bezpieczeństwa dla firm i inwestycji. Warto to sobie uświadomić.
Ale nie oznacza to, że zawsze tak będzie, niezależnie od tego co Polska zrobi i jak będzie postępować. Wciąż bowiem daleko nam do najbardziej rozwiniętych państw Europy Zachodniej. Sama Unia też przeżywa kryzys, przede wszystkim wynikający z Brexitu – i dochodzi w niej do przetasowania ośrodków decyzyjnych. Ale to jak będzie postępować polskie państwo, jaką politykę prowadzić, zależeć będzie nie tylko od czynników zewnętrznych. Zależeć też będzie od nas wszystkich, od tego kogo wybierzemy do Parlamentu Europejskiego. Bo ten Parlament podejmuje już 70% decyzji dotyczących Unii Europejskiej i ma coraz większe znaczenie. Jest to więc ważne dla naszej przyszłości, dla dobrobytu i naszego dalszego rozwoju czy wejdą tam osoby odpowiedzialne, które będą Unię Europejską umacniać. Czy przeciwnie – wybierzemy osoby pokroju byłego premiera W. Brytanii Camerona, które dla własnego interesu siejąc populistyczne teorie zdolne są popchnąć wyborców do arcyszkodliwych dla całej Unii i swojego własnego narodu decyzji o Brexicie i w efekcie będą ją osłabiać. Potrzebna jest nam Unia bardziej zintegrowana, a nie dogadująca się między państwami za plecami Parlamentu Europejskiego i Komisji Europejskiej czyli sejmu i rządu unijnego – jak chciał Cameron, jak chce Orban i inni populiści. Bo silna, zintegrowana Unia to dla nas samych warunek dalszego rozwoju i dobrobytu.

Joanna Iwanicka


Na podstawie m.in. raportu „15 lat Polski w UE” Instytutu in.europa.